Hospicjum Bonifratrów Hospicjum Bonifratrów Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów Hospicjum Bonifratrów Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów Hospicjum Bonifratrów
Hospicjum Bonifratrów

Hospicjum Bonifratrów W artykule:

Hospicjum Bonifratrów Warunki w hospicjum

Hospicjum Bonifratrów od stycznia 2009 roku zostało rozbudowane i jest 16 łóżkowym hospicjum stacjonarnym dla dorosłych. Posiada pokoje dwuosobowe z łazienkami, windę,pokój dzienny dla chorych i ich rodzin oraz kaplica.

Hospicjum otoczone jest pięknym ogrodem ze starodrzewiem i uroczymi alejkami sprzyjającym spacerom zarówno naszym pacjentów jak i ich rodzin.

Hospicjum posiada profesjonalny sprzęt pielęgnacyjny i leczniczy między innymi: łóżka elektryczne wraz z materacami przeciwodleżynowymi pneumatycznymi, podnośnik elektryczny ułatwiający transport pacjentów, inhalatory i nebulizatory, pulsoksymetry, koncentratory tlenu, pompy infuzyjne oraz podstawowy sprzęt rehabilitacyjny.

Do góry


Hospicjum Bonifratrów Finansowanie opieki i leczenia w hospicjum

Leczenie i opieka w naszym NZOZ Hospicjum Bonifratrów jest bezpłatna. Pacjenci bez względu na przekonania, wiarę, status materialny mają zapewnioną całodobową opiekę Zespołu Terapeutycznego. Hospicjum Bonifratrów jest finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, Gminę Wrocław oraz przez sponsorów i indywidualnych darczyńców. Jeżeli są Państwo w stanie wspomóc naszą działalność hospicyjną prosimy o wsparcie w formie dobrowolnej ofiary lub darowizny.

Oto nasz numer konta: 89 1020 5226 0000 6102 0019 7665, oraz druk wpłaty. Darowiznę mogą także Państwo złożyć w biurze hospicjum.

Do góry


Hospicjum Bonifratrów Zespół terapeutyczny

Do góry


Hospicjum Bonifratrów Patron hospicjum - Św. Jan Boży

Święty Jan Boży przenosi nas do Portugalii. Zajmuje ona zaledwie 15% Półwyspu Iberyjskiego, reszta należy do Hiszpanii. Ludności jest około 11 milionów, 90% stanowią katolicy. Portugalia jako samoistne, niezależne państwo istnieje od roku 1139. W wieku XV i XVI Portugalia przeżywa swój złoty okres. Do korony portugalskiej zostały przyłączone wtedy drogą łatwych podbojów: Afryka Zachodnia, Indie, Brazylia, Malakka, Molukki itd. Chrześcijaństwo zawitało do tego kraju wcześnie, bo już w wieku III i IV istniały tu stolice biskupie: w Lizbonie, w Evora i w Bradze.

Różnymi drogami prowadzi Pan Bóg swoich świętych na szczyty doskonałości chrześcijańskiej. Do nietypowej należy droga, jaką przeszedł nasz Święty.

Jan Cidade (Ciudad) przyszedł na świat w Portugalii, w mieście Montemor-O-Nowo (Alentejo), w pobliżu miasta Evora, w roku 1495 - a więc w trzy lata po odkryciu Ameryki. Ojciec Jana, Andrzej Ciudad, miał swój dom i mały warsztat rzemieślniczy. W pracy pomagała mu małżonka, Teresa Duarte. Tak się złożyło, że święty urodził się 8 marca (w 1495) i 8 marca (w1550) pożegnał ziemię. Rodzice na chrzcie świętym nadali mu imię św. Jana Apostoła.

Kiedy Jan miał 8 lat, zjawił się w jego domu jakiś podróżny, kapłan, i prosił o nocleg. Przy wieczerzy gość opowiadał o krajach, które zwiedził. Kiedy dnia następnego opuścił dom, zauważył przy sobie chłopca, który postanowił towarzyszyć kapłanowi w drodze. Uczynił to potajemnie przed rodzicami, Ci pełni smutku daremnie go poszukiwali po całej okolicy. Matka niebawem zmarła ze smutku, a ojciec wstąpił do franciszkanów. Nie wiemy, dlaczego kapłan nie odesłał chłopca do domu. Może myślał, że mu jest w domu bardzo źle, a może chłopiec nie chciał wrócić. Po 20 dniach forsownej drogi chłopiec nie mógł już iść dalej. Kapłan więc zostawił chłopca w mieście Oropesa u niejakiego Franciszka Mayorala, zarządcy owczarni pewnego hrabiego. Ten przyjął Jana jak syna. Chłopiec przeżył w domu opiekuna kilkanaście lat. Przybrani rodzice tak pokochali młodzieńca, że chcieli go uczynić spadkobiercą swojego majątku i zamierzali mu oddać za żonę swoją jedyną córkę.

I oto ku boleści opiekunów Jan nagle opuszcza ich i wyrusza jako ochotnik na wojnę. Miał wtedy 27 lat. Właśnie Hiszpania prowadziła wojnę z Francją. Zaczęło się typowe życie najemnego żołnierza: włóczęga, zawadiactwo, kieliszek, dziewczęta. Jednak Jan był za uczciwy i zbyt religijny, by pozwalać sobie na wszystkie wybryki. Niemniej życie jego było wtedy bardzo dalekie od doskonałości chrześcijańskiej. Dnia pewnego został Jan posłany przez oficera z misją zaopatrzenia oddziału w konieczną aprowizację. Dwór pobliski zajmowali jednak Francuzi. Postanowił zaskoczyć ich brawurową szarżą. Rozhukany jednak koń zrzucił go z siodła, tak iż cudem tylko uszedł niechybnej śmierci. Był to pierwszy głos napomnienia z nieba. Innym razem dowódca powierzył Janowi kasę oddziału. Niestety, w nocy Jana ktoś okradł. Podejrzenie padło, że to on sam dokonał defraudacji. Został skazany na rozstrzelanie. Już zabierano się do egzekucji, kiedy nadjechał dowódca pułku i po zapoznaniu się z całą sprawą nakazał Jana uwolnić, ale wydalił go z wojska. Do końca życia nie mógł sobie Święty wytłumaczyć, jak to się stało, że tak cudownie został uwolniony, dosłownie w ostatnim momencie. W planach Opatrzności miał jeszcze żyć.

Jan powrócił do Oropesy. Opiekun przyjął go serdecznie, ale i teraz Jan nie zagrzał tu długo miejsca. Wybuchła wojna na wschodzie Europy. Osman II z armią turecką wkroczył na Węgry. Padła Buda, szedł teraz na Wiedeń. Król Hiszpanii, a równocześnie cesarz Niemiec (1519 - 1556), Karol ogłosił w swoim państwie ochotniczą mobilizację. Zgłosił się także Jan Cidade. Po zawarciu pokoju przez obie strony Jan powrócił, ale już nie do swojego opiekuna, ale w rodzinne strony. Tu dowiedział się o losie swoich rodziców. Uczyniło to na nim ogromne wrażenie. Z wielką skruchą odbył spowiedź z całego życia i udał się z pielgrzymką do Compostelli, na grób św. Jakuba Apostoła. Pchany żarliwością zbawienia dusz i poniesienia męczeńskiej śmierci udał się do Afryki, gdzie naprzeciw Gibraltaru była portugalska twierdza Ceuta. Przez kilka lat pracował tu ciężko przy fortyfikacji Ceuty, wspierając równocześnie pewnego szlachcica , skazanego przez króla na banicję w te strony wraz z rodziną (1533 - 1535). Okazji jednak do męczeństwa nie było. Arabowie nie byli też skłonni do przyjęcia wiary Chrystusa. Święty więc wraca do Hiszpanii i przez krótki czas pracuje w Gibraltarze. Za uciułane pieniądze kupił pobożne książki i założył małą księgarnię, by w ten sposób propagować dobrą prasę (1535 - 1536). Stąd też udał się Święty do Grenady, od lat 40 uwolnionej z niewoli Arabów i przyłączonej do korony hiszpańskiej. Założył tu księgarnię książek i obrazów religijnych (1538). Tegoż właśnie roku 1538 dnia 20 stycznia odbywał się odpust ku czci św. Sebastiana. Napływ ludzi był bardzo duży. Kazanie głosił słynny kaznodzieja, św. Jan z Avili. Kazanie wywarło na Janie wrażenie piorunujące. Ogarnął go ból za stracone dla wieczności lata, groza na myśl o czekającym go sądzie Bożym. Wydał głośny jęk, rzucił się na ziemię, zaczął targać włosy i ubranie na sobie. Drapał sobie twarz, wołając: "Boże! Miłosierdzia!". W takim też stanie wybiegł na ulicę.

Otoczenie myślało, że postradał zmysły. Kilkunastu ludzi pobiegło za nim, rzuciło się nań jako na szaleńca, związano go, wychłostano dotkliwie i zamknięto go w domu dla obłąkanych. Zaczęły się dla Świętego dni straszliwej katorgi fizycznej i duchowej. Cała bowiem metoda ówczesnego leczenia tego rodzaju zaburzeń psychicznych polegała na zamknięciu pacjenta w lochu wilgotnym i zimnym. Przykutego do ściany łańcuchem jak pas wściekłego bito do utraty przytomności i sił. Tak obchodzono się ze Świętym przez długich 40 dni. Ku zdumieniu jednak oprawców nie tylko się nie bronił, ale zachęcał ich jeszcze: "Bijcie! bijcie! to przeniewiercze ciało; niech ponosi karę za swoje winy". Ten sam jednak Święty, który tak heroicznie znosił własne cierpienia, stawał bardzo stanowczo w obronie swoich towarzyszy. Kiedy więc wypuszczono go na wolność, zaczął usługiwać nieszczęśliwym, by chociaż w części załagodzić ich dolę.

Rychło jednak przekonał się św. Jan, że sam niewiele zdziała. Szpital był miejski i na wiele nadużyć musiał patrzeć bezsilnie. Postanawia zatem wystawić szpital własny. Za użebrane pieniądze zakupił własny dom, w którym mógł postawić 47 łóżek. W miarę napływu ofiar powiększał szpital i lepiej go zaopatrywał, by chorzy mieli jak największe wygody. Sam każdego dnia odwiedzał swoich podopiecznych chorych-ubogich, przewiązywał ich rany, pocieszał i leczył. Nie mniejszą troskliwość okazywał na potrzeby duchowe swoich podopiecznych, zapraszając kapłanów w każdą niedzielę ze Mszą świętą i kazaniem, a nawet z codzienną Komunią świętą. Ustalił rozkład dnia. Przewidział czas na modlitwy wspólne - ranne i wieczorne. Dla uniknięcia niebezpieczeństwa zarazy podzielił swój szpital na sektory. Za poradą św. Jana z Avili szpital był tylko męski. Na parterze były miejsca przeznaczone dla bezdomnych i ubogich wędrowców.

Troska o leki, bieliznę, bandaże, łóżka, opłata służby i wyżywienie całej załogi wymagało od Świętego heroicznego poświęcenia. Codziennie udawał się na miasto i na umówionym placu zbierał żywność i ofiary pieniężne. Najczęściej one nie wystarczały. Wtedy udawał się do domów możnych, błagając o pomoc tymi znamiennymi słowy: "Pomóżcie sobie, wspomagając ubogich i chorych, bowiem błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". Kiedy Święty wyczerpał już wszystkie środki i zadłużył się, wtedy udał się do miasta Valladolid, gdzie był wtedy dwór królewski. Nie zawiódł się, dostał szczodry zasiłek od najprzedniejszych pań i panów dworu.

W swojej żarliwości apostolskiej nie zapomniał święty Jan o kobietach. Zajął się losem kobiet upadłych. Nawiedzał je osobiście i błagał o zmianę życia. Starał się o uczciwe zabezpieczenie ich losu, by nie musiały utrzymywać się z nierządu. Staruszki i samotne wdowy polecał poszczególnym rodzinom pod opiekę. Niemniej czuły był na los sierot, których wówczas nie brakowało, powierzając je rodzinom, które zapewniały im pewny los.

Święty wiedział jednak, że ciężaru, który na siebie nałożył, sam nie udźwignie. Nadto trapiła go troska o przyszłość dzieła. Zebrał więc koło siebie gromadkę podobnych szaleńców Bożych i tak założył nową rodzinę zakonną dla obsługi chorych i opuszczonych. Tak powstał znany na całym świecie zakon Braci Miłosierdzia, zwany u nas "dobrymi braćmi", bonifratrami. Założycielowi zaś nadał miejscowy arcybiskup przydomek "Jana Bożego" i takim go znamy.

Wyczerpany pokutą i nadmiernymi trudami zmarł na klęczkach, trzymając w ręku wizerunek ukrzyżowanego Zbawiciela, ze słowami: "Jezu, w ręce Twoje oddaję ducha mego". Była godzina 0,30 dnia 8 marca 1550 roku. Święty miał wówczas 55 lat.

Sługę swojego obdarzył Bóg darem wysokiej kontemplacji, czytaniem w sercach ludzkich i uzdrawiania. Do najgłośniejszych należy następujący wypadek: podczas pożaru królewskiego szpitala w Grenadzie Święty rzucił się w płomienie i ku zdumieniu tłumów przez godzinę wynosił z płomieni chorych wychodząc z rozszalałego żywiołu nietknięty. Żywoty jego głoszą, że kilka razy w posługiwaniu chorym miał mu się zjawić Chrystus.

W poczet błogosławionych zaliczył Sługę Bożego papież Urban VIII w 1630 roku, a papież Leon XIII ogłosił św. Jana Bożego wraz ze św. Kamilem de Lellis patronem szpitali i chorych (1886). Papież Pius XI wyznaczył go na patrona pielęgniarzy i służby zdrowia. Relikwie Świętego znajdują się w kościele zakonu w Grenadzie.

Najpiękniejszą wszakże spuścizną, jaką Święty zostawił potomnym, to nowy zakon. W roku 1973 liczył on 73 prowincje i obsługiwał 189 szpitali, w których było 37 220 łóżek dla chorych. Do Polski przybyli duchowi synowie św. Jana Bożego w roku 1609 na zaproszenie króla Zygmunta III. Osiedlili się najpierw w Krakowie, a potem w innych miejscach. W roku 1772 mieli w naszej Ojczyźnie 14 placówek. Kiedy Święty umierał nowy zakon liczył sobie jedynie 12 braci. Istnieje również żeński zakon sióstr Św. Jana Bożego. Jest ich około 1000 w ponad 50 domach.

Do góry
© 2007 Hospicjum Bonifratrów | Redakcja do 01.11.2008 Dominik | Designed & engined by Arche Publishing | Valid XHTML 1.0 Transitional